Wpisy z tagiem: Relacje z wydarzeń

środa, 18 czerwca 2014

Ach co to był za Weekend! Wiecie jak to jest? Dostajecie na skrzynkę mailową zaproszenie na wydarzenie. Z miejsca się zgadzacie, bo zapowiada się świetnie. Potem im bliżej imprezy tym bardziej pozytywne odczucia macie na jej temat.

A potem nadchodzi upragniony weekend i to co Was spotyka przekracza Wasze najśmielsze oczekiwania. Ja niedawno przeżyłam właśnie taki wspaniały kulinarno-imprezowy maraton, którego chyba nigdy nie zapomnę. A to wszystko za sprawą przecudownej i niezmordowanej ekipy Cooklet oraz grupie wspaniałych blogerek i blogerów:


/

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Mogłabym przysiąc, że poprzednia edycja Najedzeni Fest, miała miejsce może tydzień temu. Maksymalnie dwa. Tymczasem upłynęło znacznie więcej czasu i nadeszła pora na kolejną, karnawałową edycję! 

Jak zwykle można było spotkać całą masę cudownych ludzi, których połączyła pasja kulinarna. I przysięgam, każdy z nich miał ze sobą masę pysznego jedzenia. Podobnie jak ostatnio przeszkadzała mi tylko jedna rzecz - nie byłam w stanie zdecydować się co zjeść i serce mi pękało, że mój żołądek nie zmieści chociażby ułamka serwowanych tam pyszności. Ale nie ma co się martwić, większość wystawców można spotkać na krakowskich ulicach, więc długie zimowe spacery, mają już swoje cele :)

A Wy? Byliście? Jeśli nie spójrzcie co Was ominęło. A jeśli się pojawiliście to czekam na Wasze wrażenia.



sobota, 14 grudnia 2013

Pewnego chłodnego grudniowego wieczora siedem głodnych kobiet spotkało się w Krakowie. Kto by przypuszczał, że idąc ulicą Grodzką, schodząc z utartego turystycznego szlaku, w niepozornej uliczce znajdą kawałek Japonii? 

Wczoraj, wraz z innymi krakowskimi blogerkami, miałam okazję przekonać się jak wygląda kuchnia tego kraju według właścicieli Koji Sushi oraz Sushi Mastera tej restauracji - Michała Jaworskiego, który wtajemniczył nas w arkana japońskiej kuchni.


 

Tak na dobrą sprawę brakuje mi słów by opisać to co dla nas przygotowano, bo kompletnie się tego nie spodziewałam. A była to prawdziwa japońska uczta. Miałyśmy też sporo czasu by pogawędzić z Michałem, który bajecznie opowiadał o Japonii. Wieczór możnaby zaliczyć do udanych, nawet gdybyśmy poprzestały na tej pogawędce przy zielonej herbacie i zupie miso z tofu i wodorostami. Ale to był dopiero początek.

Na nasz stół wjechały dwa rodzaje malutkich japońskich pierożków Goyza z dwoma farszami - mięsnym i warzywnym.



Tuż za nimi talerze pełne sushi z cudnymi kawałkami łososia oraz japońskim omletem. Aż trudno uwierzyć, że rozbełtane jajka rozlane cienką warstwą na bardzo dużej patelni, a następnie ciasno zwinięte i pokrojone w plasterki mogą smakować tak dobrze. Widocznie Japończycy wiedzą co robią.


 

Dalej było tylko lepiej. Pojawiła się tempura z ryb, warzyw i owoców morza oraz Pad Thai - smażony makaron w sosie ostro-kwaśnym z krewetkami i kurczakiem. Mniej więcej w tym momencie powoli zaczęłyśmy zapominać o japońskim savoir-vivrze ;) 


 

Kolejne dania opuszczały kuchnię, a wraz z nimi kolejne buteleczki sake. Kiedy postawiono przed nami kolejne misy pełne sushi (w tym Gunkan Maki obłędną ilością kawioru oraz niezwykle pyszna Uramaki Suzuki z okoniem morskim) na prawdę poczułyśmy czym jest japońska gościnność. 

 

W pewnym momencie straciłyśmy nie tylko rachubę czasu, ale także dań jakie się przed nami pojawiały. A co powiecie jeśli napiszę Wam, że na sam koniec postawiono przed nami schabowego? Ale ten różnił się od wszystkich innych schabowych jakie jedliście do tej pory. Katsudon to japońska wariacja na ten temat - podana z jajkiem, ryżem, sałatką z kapusty oraz fantastycznym sosem. 


Wieczór miał dwa finały - pierwszym był deser w postaci biszkopcików z nadzieniem ze słodkiej fasoli. Drugim była nauka zwijania sushi pod okiem cierpliwego sushi mastera z Koji, który krok po kroku pokazał nam podstawy tej trudnej sztuki.



Trudno podsumować w kilku słowach ten wieczór, bo był niezwykły, za co chciałabym podziękować zarówno ekipie Koji jak i moim uroczym towarzyszkom :) W każdym razie szukajcie Japonii a razem z nią szukajcie Michała.




 

poniedziałek, 28 października 2013

Dzisiejszy dzień był idealny. Pogoda taka, że można zapomnieć,że mamy końcówkę października. Do tego spacer nad Wisłą, którego celem był hotel Forum. Tym razem, nie żadne drinki lub koncert. Dzisiaj zorganizowano tam kolejną edycję Najedzeni Fest, który ma na celu zaprezentowanie najciekawszych inicjatyw kulinarnych z Krakowa i okolic. Wrażeń - podobnie jak i wystawców - cała masa. I to takich naprawdę trudnych do opisania.

Aż ciepło się na sercu robi, gdy zobaczy się w swoim mieście tylu wspaniałych i kreatywnych ludzi z pasją. Chociaż czasem są to zupełnie różne bajki, to warto wybierać się na tego typu festiwale, by móc je zobaczyć w jednym miejscu. 

Nie będę się już więcej rozpisywać, za to zostawiam Was z porcją zdjęć z dzisiejszego dnia.


sobota, 22 czerwca 2013

Czas mija ostatnio niezwykle szybko i nawet nie zauważyłam, kiedy minął kolejny tydzień. A przecież tyle mam Wam do opowiedzenia. Tyle potraw ugotowanych i sfotografowanych, które czekają żeby się pojawić na blogu, a tutaj ciągle tryliard innych obowiązków. 

Teraz kiedy upał zatrzymał jakiekolwiek życie, ja znalazłam w końcu czas, żeby zdmuchnąć kurz z tego co delikatnie zaniedbałam, a przy okazji też trochę się pochwalić.

Nie raz i nie dwa wspominałam tutaj, że to moje palnikowe królestwo bierze udział w konkursie na Kulinarny Blog Roku, organizowany na portalu kulinarni.pl. Ku mojemu zaskoczeniu niektóre przepisy radziły tam sobie bardzo dobrze i tak greckie kofty wygrały etap tygodniowy, następnie miesięczny i zakwalifikowały się do "bitwy" kwartalnej. 

Początkowa radość szybko ustąpiła miejsca lekkiemu poddenerwowaniu kiedy okazało się, że poza sprzętem do kuchni (który jak wiadomo zawsze chętnie przygarniam) nagrodą będzie występ w Dzień Dobry TVN. Zdenerwowanie rosło wraz z rosnącymi słupkami, a sięgnęło zenitu w dniu ogłoszenia wyników.

Gdzie tam jak do telewizji? I to jeszcze śniadaniowej, skoro jako nocny marek poranki zaczynam w okolicach 11? Ale M. i D. zagrozili strajkiem głodowym - trzeba jechać, w końcu gra toczy się o dwa niewinne istnienia.

Co się okazało strach jak zwykle miał wielkie oczy. Chociaż próg studia przekroczyłam mocno zdenerwowana, wszyscy obecni na planie zadbali o to, żebym jak najszybciej wyluzowała. I tak też się stało. Kiedy wkroczyłam na znane wody i znalazłam się w kuchni wszystko działo się samo. Tylko czemu nie wybiłam sobie z głowy założenia szpilek? Chociaż wytrzymałam. Więc sukces.

Gotowania było sporo, bo postawiłam na dosyć szerokie menu. Zaczynamy od zupy krem z selera, potem przekąszamy tosty z kawiorem z bakłażanów, następnie wcinamy przyczynę całego zamieszania czyli kofty z dwoma dipami - miętowym i ziołowym i zostawiamy sobie jeszcze miejsce na deser czyli chłodnik czereśniowy. 

Ekipa i goście nakarmieni, więc też sukces.

 


Chociaż miałam mnóstwo wątpliwości i brakowało mi wiary w siebie ostatecznie nie żałuję nawet chwilki z wyjazdu do stolicy. Nagle okazuje się, że nowe i straszne  rzeczy mogą okazać się fantastycznymi przeżyciami, które będzie chciało się jak najszybciej powtórzyć.

Przepisy na wszystkie potrawy razem ze zdjęciami, pojawią się wkrótce na blogu, a jeśli ktoś jest niecierpliwy wszystkie znajdzie w TYM LINKU. Przy okazji będzie mógł też dogrzebać się tam do filmików z moim udziałem :)

Koniec. Bo przedłużam. Wracam niedługo, z chłodnikami, zupami i sałatkami

niedziela, 10 lutego 2013

Jak ja nie cierpię Warszawy. No może bez przesady, ale miłością nie darzymy się wzajemnie. A tutaj coś zmusiło mnie do wstania o 3 nad ranem i wyjechania z byłej do obecnej stolicy. Co? Warsztaty z Knorr o których wspominałam wam już wcześniej. Niestety pech nie opuszczał mnie od rana i zapomniałam ze sobą zabrać nie tylko książkę na podróż, ale także karty pamięci do aparatu, dlatego dziś pojawi się tylko kilka zdjęć zrobionych przez Edytę (o której później jeszcze słów kilka:)) obszerniejsza fotorelacja pojawi się, gdy dotrą do mnie pozostałe. 

Mówiąc krótko bawiłam się świetnie i całokształt warsztatów bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. A właściwie nas bo do Warszawy zwiozłam ze sobą także siostrę. 

A Mówiąc długo? 

Przywitała nas przepiękna sala jadalna, która była połączona z kuchnią jakiej z pewnością nie spodziewalibyście się w biurowcu. Na miejscu już czekały na nas dwie przemiłe panie z Knorra oraz kucharze Piotr Murawski i Marcin Markowski , których z pewnością kojarzycie z reklam. 

I w tym miejscu należy zatrzymać się na chwilę bo Piotr i Marcin to kucharze z krwi i kości, a nie podstawieni i sprytnie wylansowani przez rozgarniętego pr-owca aktorzy. To kucharze mający za sobą pracę w takich miejscach jak Hilton, Mariott czy Bristol, którzy współpracowali ze sławami w restauracjach posiadających gwiazdki Michelina. Posiadający także ogromną wiedzę kulinarną, którą chcą się dzielić. Przede wszystkim to dwóch przesympatycznych  facetów, którzy w piątkowe przed i popołudnie wpuścili nas do swojej kuchni.

fot. E.S.

Zaczęło się od przedstawiania i zapoznawania, ale już po paru anegdotkach przeszliśmy do konkretów czyli gotowania. Już na samym początku czekało na nas małe zadanie. Kuchnia podzielona na stanowiska, a na każdym z nich zestaw produktów i przepis na danie, które mamy przygotować. No i się zaczęło 12 porcji w godzinę okazało się nie być taką prostą sprawą, ale udało się, a na każdym kroku mogliśmy liczyć na pomoc i wskazówki od szefów kuchni i ich pomocników. 

Mi przypadły faszerowane kozim serem i rukolą piersi z kurczaka, ale na stole pojawił się jeszcze min. sandacz w stylu azjatyckim, jagnięcina w sosie pieprzowo-miętowym, sałatka z przegrzebków, sałatka z kurczakiem, kurkami i awokado, pyszna tajska zupa z krewetkami, smażony ryz oraz trzy desery : panna cotta z malinami, tradycyjny czekoladowy brownie oraz bananowy crumble.

fot. E.S.

Tak na prawdę każdy z przepisów jest godny polecenia sam w sobie, a ja z pewnością podejmę się ich przygotowania, ale pomyślcie tylko, że wszystkie te dania pojawiły się na stole razem! Mieliśmy niesamowitą ucztę! Wyrażę chyba zdanie ogółu, pisząc, że byliśmy też z siebie niezwykle dumni, ale to co miało nam dumy przysporzyć wciąż na nas czekało. Knorr przygotował dla nas jeszcze jedno zadanie, a była nim "tajemnicza skrzynka" rodem z Master Chefa. Chociaż jak się później dowiedzieliśmy to także sztandarowe zadanie na niemal wszystkich konkursach kulinarnych. 

W przygotowanej dla nas czarnej skrzynce znalazło się sporo produktów, które z pozoru nie bardzo do siebie pasowały, a część z nich była bardzo egzotyczna. Poprzeczkę podnosił fakt, że każdy z produktów musiał być użyty przynajmniej raz w naszym daniu. W skrzynce znalazły się: seler, marchewka, pietruszka, batat, burak, kapusta pak choi, owoc pasji, pierś z kaczki, bulionetka, rama do smażenia, śmietana do gotowania, chorizo, kalarepa, trawa cytrynowa i kiełki brokuła. Chociaż w tym momencie nie jestem pewna czy przypadkiem o czymś nie zapomniałam. Ponad to do dyspozycji mieliśmy jeszcze sporo produktów, które znaleźliśmy w kuchni, jednak podstawą miała być zawartość skrzynki. A na stworzenie tego cuda mieliśmy godzinę. Żeby nie było zbyt trudno zostaliśmy podzieleni na drużyny. Razem dzielnie walczyła ze mną siostra i przecudowna Edyta, o której wspominałam już wcześniej. 

fot. E.S.

W takich sytuacjach adrenalina skacze mimowolnie, a pikanterii dodaje fakt, że na samym końcu dania wszystkich zespołów miały zostać ocenione przez pomagających nam kucharzy. Oto nasze małe dzieło - azjatycko-polskie fusion- z którego jestem bardzo dumna:


Mamy tutaj zamarynowana i usmażona pierś z kaczki z sosem na bazie marynaty i chorizo, paszteciki z nadzieniem, które zostało ochrzczone nadzieniem do ryby po grecku, jednak w cale tak nie smakowało, a dodatek miodu i cynamonu nadał mu zupełnie nowy smak. Po lewej widać pak-choi smażony z chili i sosem sojowym oraz salsę z kalarepy jabłka i kumkwata z dodatkiem melisy i mięty. Jednym słowem: było trochę roboty, ale opłaciło się, bo ostatecznie nasza kaczucha wygrała i każda z nas otrzymała wielkie pudło zawierający czajnik o jakim nawet nie śniłam. Z racji, że pracowałam razem z M. nasze mieszkanie wzbogaciło się aż o dwa czajniki, ale sądzę, że mama z pewnością chętnie zaopiekuje się jednym z nich.

fot. E.S.

Podsumowując nie żałuję nawet jednej sekundy spędzonej w Warszawie i pomimo ogromnego zmęczenia po powrocie to bardzo chętnie bym to powtórzyła. Nauczyłam się bardzo wielu nowych rzeczy, ale co ważniejsze poznałam wspaniałych ludzi, chcących i lubiących gotować. O zgrozo.. nie sądziłam, że to powiem, ale : DOBRZE BAWIŁAM SIĘ W WARSZAWIE I CZEKAM NA POWRÓT!

Kulinarny Blog Roku

Przepisy konkursowe


Reklama

Bądź na bieżąco

Polub na Facebooku

Obserwuj na Twitterze

Śledź na Pinterest
Pinterest

Podglądaj na Stylowi.pl
Google+
Partnerzy

Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi
zBLOGowani.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...